Ognisty Blog
PIotr Listkiewicz - Austrialia 2009
Notki
2010-12-29 OGNISTY BLOG

NOWY ADRES BLOGA PIOTRA LISTKIEWICZA

2010-11-07 ZMIANA ADRESU

Zawiadamiam wszystkich moich Czytelników, że Ognisty Blog za jakiś czas przestanie istnieć i zapraszam do nowego pt. PUBLICYSTYKA BEZ OGRÓDEK pod adresem: www.studiozaprog.blogspot.com.
2010-11-03
!
2009-04-05 2009-02-16 17:39:34
[2009-02-16 17:39:34] Piotr Listkiewicz napisał(a): Na razie nic. Uspokoiło się koło nas i pogoda jest ok. To co było wczoraj to też podobno podpalenie, ale ze względu na VIPów strażacy stanęli na głowie i ugasili od razu. Tam zresztą są czyste lasy i nie bardzo się ma co palić. Spłonęły "tylko dwa domy", więc nie ma o czym pisać. 
P
2009-04-05 2009-02-15 19:25:45
[2009-02-15 19:25:45] Piotr Listkiewicz napisał(a): Niedziela 15.02.2009 - godz. 19.20, czyli z ostatniej chwili. 
Zapaliło się pasmo wzgórz Dandenong 20 km od nas na południe. To są olbrzymie lasy, w większości należące do parku narodowego. Po trzydniowej ciszy, dzisiaj po południu wiatr wzmógł się i wiele z południowego wschodu. Zagrożone są miejscowości Belgrave, Shelbrook, Ferny Creek, Kalista i Tecoma. Jak wspomniałem we wcześniejszych raportach, tamte okolice są zamieszkałe przez prominentów, więc systematycznie robi się czyszczenie tamtejszych lasów. Co w takim razie się pali? Na razie nie ma więcej informacji na temat tego najnowszego pożaru. Boimy się o córkę, która mieszka jakieś 8 km na północ od Belgrave oczywiście w lesie. 
Tyle na razie.
2009-04-05 2009-02-15 13:40:53
[2009-02-15 13:40:53] Piotr Listkiewicz napisał(a): Niedziela 15.02.2009 
W naszych okolicach niebezpieczeństwo zostało do pewnego stopnia zażegnane głównie dzięki sprzyjającej pogodzie - spodziewany upał nie przyszedł i wiatr jest bardzo słaby. Są natomiast dymy z parku narodowego Bunyip, bo tam nadal palą się duże obszary lasów i straż pożarna wypala poszycie i chrust tam, gdzie jeszcze nie został spalony. Stosuje się również tzw. przeciwogień, czyli tworzy się drugi front ogniowy naprzeciw frontu niekontrolowanego. Tego rodzaju akcja trwa już od kilku dni w Cathedral Range 40 - 60 km od nas na północ. Jednakże silniejszy wiatr może radykalnie zmienić sytuację, bo wszędzie dookoła nadal się pali. Pali się również w wielu innych miejscach Wiktorii, ale tamte pożary nie zagrażają miasteczkom.

Zapanował więc względny spokój i przyszedł czas na wyciągnięcie wniosków. W parlamencie federalnym nadal trwają dyskusje nad projektem wyasygnowania z budżetu państwa miliarda dolarów. Premier Rudd i leader opozycji Turnbull połączyli swe wysiłki, aby przekonać posłów różnych partii i frakcji twierdząc, że w zaistniałej sytuacji nie czas na rozgrywki polityczne i międzypartyjne. Między wierszami widać poczucie winy, jakie rząd ma w związku z dotychczasową błędną polityką w sprawie ochrony przeciwpożarowej. Ze względów polityczno-ekonomicznych rząd przychylił się do żądań "zielonych", co spowodowało ograniczenie funduszy na systematyczne dofinansowywanie jednostek straży pożarnej i modernizację sprzętu. Również zarząd parków narodowych i lasów państwowych cierpi na brak budżetu i musiał drastycznie zredukować liczbę etatów i sprzętu.

Najbliższym przykładem takiej polityki są niektóre lokalne parki (np. wokół jezior) zamknięte dla piknikowiczów na kłódkę. Nie ma komu utrzymywać ich w porządku, sprzątać  toalet i kosić trawy. Z tego samego względu pozostałe parki nie posiadają śmietników i są jedynie tablice, żeby nie śmiecić i śmiecie zabierać ze sobą. Wiele osób to robi, ale są tacy co tego nie robią, no i to oczywiście widać. Butelki, puszki, plastikowe torebki, papiery itp. walają się na trawnikach i w lesie. W parkach narodowych na tysiące hektarów lasu przypada jeden lub dwóch leśników jeżdżących zdezelowanymi samochodami terenowymi. Straż pożarna ma za mało helikopterów i zbyt mały budżet, żeby  pozwolić sobie na codzienne partolowanie terenów.

Wszystkiemu winna zatem kretyńska ustawa o zachowaniu lasów w stanie naturalnym, co oznacza po prostu nieopisany bałagan. Podczas mojej wizyty w parku narodowym Bunyip w pewnym momencie zauważyłem ciekawą formację skalną, którą chciałem sfotografować ze wszystkich stron. Niestety udalo mi się to tylko z drogi, bo obejść skał się nie dało. Zwalone dawno temu pnie tworzyły wraz z połamanymi gałęziami taką plątaninę, że nie chciałem ryzykować skręcenia lub połamania nóg. Jak okiem sięgnąć na przestrzeni kilkuset metrów wokoło był ten sam krajobraz. Pomiędzy pniami i chrustem były wieloletnie pokłady zeschłych liści, płatów kory poprzerastane wyschniętą trawą. Wystarczy iskierka, żeby cały las zaczął się palić, a przecież mamy tu burze z piorunami, walające się butelki, no i podpalaczy. Wiatr potężniejący wraz z rozwojem pożaru dokonuje reszty przenosząc ogień coraz dalej.

Nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy - to porzekadło powinno się stać hasłem wiodącym dla australijskiego rządu. "Zieloni" walczą o róże, o zachowanie środowiska w  nienaruszonym stanie, nie zdając sobie sprawy lub może olewając realia dnia dzisiejszego. Dwieście lat temu Aborygeni mieszkali w szałasach lub pod gołym niebem i gdy poczuli dym, zwijali obozowisko i przenosili się 10 lub 20 km dalej. Dziś wszędzie są domy należące do ludzi osiadłych na stałe. Bałagan w okolicznym lesie zagraża ich życiu, ich farmom, budynkom, samochodom, bydłu. Pożar lasu powoduje paniczną ucieczkę dzikiej zwierzyny i ptactwa, ale wiele z nich ginie w płomieniach. Świat obiegł klip wideo pokazujący strażaka, który poi wodą z butelki poparzonego koalę. "Zieloni" walczą przecież o zwierzostan.

"Zieloni" są przeciwni wszelkim przedsięwzięciom, które w taki lub inny sposób kolidują z zachowaniem naturalnego status quo. Kilka lat temu były protesty przeciwko budowie szosy wokół Australii, a głównie odcinka od Cairns do Cape York w północnym Queenslandzie. "Zieloni" obozowali w tych miejscach i gdy maszyny wyruszały do roboty, kładli się zagradzając im drogę. Każdy projekt nowego zbiornika wodnego jest sabotowany, nie mówiąc już o regulacji rzek. Dziwne w tym wszystkim, że "zieloni" jakoś nie zauważyli, że w Australii wznowiono wydobycie uranu, który jest niezbędnie potrzebny Wielkiemu Bratu oraz który sprzedaje się oficjalnie Indiom, a nieoficjalnie każdemu, kto dobrze zapłaci. Nie protestuje się również przeciwko temu co się dzieje na amerykańsko-brytyjskich poligonach, gdzie próbuje się różnego rodzaju środki masowej zagłady, w tym nuklearne. Pieprzu dodaje tu fakt, że są to tereny "oddane" Aborygenom i zamieszkałe przez kilka plemiom. No, ale to przecież czarni...

Gdzieś trzeba wytyczyć granicę pomiędzy sentymentami a zdrowym rozsądkiem. Doszczętnie spalone w ub. tygodniu miasteczka powstały w połowie XIX w., a następnie rozwijały się i powiększały do 7 lutego br. I to jest fakt, z którym musimy się pogodzić. W tych miasteczkach toczyło się normalne życie - ludzie uprawiali swoje farmy, hodowali konie i bydło, prowadzili biznesy, pracowali u innych, wychowywali dzieci. To wszystko zostało zniszczone doszczętnie, a pogorzelisko przypomina krajobraz Hiroszimy. Za to co się stalo jesteśmy wszyscy odpowiedzialni.

Las uspokaja tak samo jak każde zetknięcie się z Naturą. Przyjemnie się jedzie przez las samochodem, bo na szosie jest cień i za każdym zakrętem są zapierające dech w piersiach widoki. To prawda, ale jadąc krętą szosą przez Cathedral Range, nie miałem wiele czasu, żeby się przyglądać, choć ze względu na ciasne zakręty szybkość była niewielka. Rzut oka i to wszystko. Od czasu do czasu przy drodze są miejsca wypoczynkowo-widokowe, gdzie można być na skraju lasu i przez dłuższą chwilę popatrzyć i pooddychać jego zapachem. I to wszystko. Dalej nie da się wejść i nie wolno. Jakiż więc ma pożytek z piękna tego lasu zwyczajny turysta? Nawet leśnik nie ma możliwości zbadać nieprzeniknionych ostępów w czasie swoich codziennych objazdów.

Jak napisałem kilka dni temu lasy są potrzebne ogólnoświatowemu ekosystemowi. Jest to niepodważalna prawda. Jednakże krajowi i światu potrzebne są korony drzew, które dostarczają tlenu do atmosfery, a nie zalegający chrust, który wywołuje pożary zapalające te korony i zanieczyszczające powietrze tlenkiem i dwutlenkiem węgla na całe miesiące.

Tak pojmowana ekologia jest niczym innym jak zwyczajną hipokryzją. Parlament podpisał ustawę o zachowaniu lasów w stanie naturalnym, bo w budżecie pozostały miliony dolarów, które w przeciwnym razie trzeba by było wydać na prewencję ogniową. Na co te "zaoszczędzone" dolary poszły? O tym się nie mówi, bo to temat tabu. Być może na zbrojenia? Na wojnę w Iraku i Afganistanie?

Błędne idee "zielonych" i krótkowzroczność rządu federalnego zaowocowały tragedią tysięcy ludzi. Ponad 2000 domów i zabudowań zostało spalone do gruntu, ponad 350 osób straciło życie, w tym starcy i dzieci. Sytuacja jest daleka od jakiejś stabilizacji. Niektóre pożary ugaszono, niektóre wzięto pod kontrolę, ale wybuchają wciąż nowe. Dziś moje miasteczko jest bezpieczne, ale nie ma żadnej gwarancji, że lasy wokół nas nie zostaną podpalone i nie powtórzy się pożoga z 1983 roku, gdy ogień wymazał Cockatoo z mapy aglomeracji Melbourne. Jednakże podpalacze to tylko jedna strona medalu. Nimi zajmuje się policja i wymiar sprawiedliwości - miejmy nadzieję, że surowo, odsuwając na chwilę na bok "prawa człowieka" i inne sentymenty.

Politycy wielkim głosem zapewniają dziś, że "to się już nigdy nie powtórzy", zaś "zieloni" siedzą jak mysz pod miotłą. Pioruny uzna się za "dopust boży", podpalaczy wsadzi się do  więzienia, znajdą się pieniądze na czyszczenie lasów, dofinansowanie straży pożarnej i zwiększenie etatów w zarządzie parków narodowych i lasów państwowych. Prawdopodobnie zostanie zniesiony idiotyczny zakaz wycinki  drzew wokół domów. Takie posunięcia niewątpliwie ograniczą ilość i rozmiary pożarów i ludzie nadal będą mogli mieszkać wśród przyrody, jeśli to lubią.

Australia jest wielkim i pięknym krajem dzięki swoim górom, lasom i czystemu środowisku. Zachowanie tej czystości zależy od każdego Australijczyka i większość społeczeństwa to rozumie. Jednak pożary lasów każdego roku "wzbogacają" atmosferę milionami ton popiołu, tlenku i dwutlenku węgla, siarki i innych związków chemicznych w postaci gazowej. Wraz ze spalinami wielkich aglomeracji miejskich pożary są odpowiedzialne za dziurę ozonową nad Australią i globalne ocieplenie klimatu.

Nie chcemy zatem żadnej "hurra-ekologii", lecz chcemy wyważonych decyzji rządu federalnego i rządów stanowych zawierających ekologiczny punkt widzienia. Ochrona środowiska - jak sama nazwa wskazuje - ma chronić środowisko, a nie dewastować. "Zieloni" muszą sobie zdać sprawę z realiów, bo cena jest zbyt wysoka.

2009-04-05 2009-02-14 16:28:18
2009-02-14 16:28:18] Piotr Listkiewicz napisał(a): Pomimo zapewnień premiera, w parlamencie odzywają się głosy protestu przeciwko zmianie praw i ustaw oraz wyasygnowaniu z kasy państwowej miliarda dolarów. Mówi się, że w obliczu obecnej światowej recesji, która bynajmniej nie ominęła Australii, taki "nieprzemyślany akt" może wstrząsnąć ekonomią kraju. Agrumentuje się również, że posprzątanie lasów z łatwopalnego chrustu jest zbyt kosztowne.

Jednakże w Wiktorii jest wielu bezrobotnych, dla których powstałyby miejsca pracy. Już teraz aby dostać zasiłek trzeba się wykazać przepracowaniem za darmo 15 godzin tygodniowo, a zatem wiele roboty można by zrobić nie dokładając ani grosza z puli państwowej. Mam nadzieję, że władze wezmą tę opcję pod uwagę.

Najważniejsze jest jednak systematyczne sprzątanie lasów, ppoż. przecinki oraz instalowanie w lasach zbiorników wodnych. W okolicach Melbourne robi się kontrolowane wypalanie poszycia i chrustu raz do roku tylko w paśmie wzgórz Dandenong, bo tam są dzielnice zamieszkałe przez różnych VIPów, w tym polityków, biznesmanów i mafiozów. Czyli święte krowy, które muszą mieć zapewnione maksymalne bezpieczeństwo.

2009-03-30 2009-02-14
[2009-02-14 15:58:22] Piotr Listkiewicz napisał(a): Sobota, 14.02.2009 - godz. 15.30

Sytuacja jest nadal groźna. Przez tydzień. który upłynął od spalenia ośmiu miasteczek, pożaru w tamtym rejonie nie udało się opanować ze względu na gęstość tamtejszych lasów i brak dostępu do ognia. Jest słaby wiatr ze wschodu, który przyniósł nam rano dymy z nadal płonącego parku narodowego Bunyip 15 km na wschód od nas. Na jutro i pojutrze synoptycy zapowiadają zmianę pogody - następną falę upałów i silne wiatry z północy. Już dzisiaj jest u nas 30 stopni, ale jutro może być znowu 40. Wiatr z północy przyniesie o wiele więcej dymu z płonącego Cathedral Range i okolicznych lasów. Tylko od jego siły zależy czy pożar dojdzie do nas, czy nie.

Solidarność Australijczyków jest bezprecedensowa. Społeczeństwo zebrało już za pośrednictwem Czerwonego Krzyża prawie 100 milionów dolarów i ta suma dosłownie z minuty na minutę rośnie. Prawda, jakie to niepodobne do róznych "papierowych solidarności"? Mamy namacalny dowód, że pomimo twardnienia serc w obecnej cywilizacji, istnieją jeszcze ludzkie uczucia i to na tak niespotykaną skalę.

Kevin Rudd zapowiedział, że domy zostaną w szybkim tempie "każda cegła i każdy dom". Są ludzie, którzy nie chcą mieszkać więcej w tej okolicy, ale większość chce zostać i zaczynać wszystko od nowa. Działki i farmy są warte miliony dolarów, bo okolica jest piękna, a widoki urzekające. Ci ludzie nigdy nie mieszkali w mieście i przeniesienie ich do bloków byłoby dla nich okropne. Jedyne wyjście to sprzątanie po pożarze i odbudowa. Wielu ludzi chce budować własnymi rękami, jeśli dostaną pieniądze z ubezpieczeń i pomoc rządową.

Wczoraj w TV pokazywali nasze miasteczko Cockatoo, które nawiedziła pożoga w środę popielcową 1983 roku. Pokazano je w celu podniesienia morale obecnych pogorzelców i jako  zachętę do odbudowy domów i rozpoczęcia nowego życia. Cockatoo tamtego dnia zostało zmiecione z powierzchni ziemi podobnie jak obecnie zniszczone zostały miasteczka Kingslake, Marysville, Yea, Buxton i inne.

Według stanu na dzień dzisiejszy pali się w całej Wiktorii oraz na południu NSW, ale najgroźniesze są dwa pożary w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Jeśli się połączą, co jest możliwe przy przewidywanej zmianie kierunku wiatru na północny, będzie prawdziwa katastrofa i następne kilka miasteczek pójdzie z dymem. Trzeba mieć tylko nadzieję, że władze nauczone tym co się stało tydzień temu, zmienią swoją politykę względem mieszkańców i w porę przymusowo ewakuują ludność. To jest jedyne rozsądne wyjście z sytuacji.

Na razie tyle.

2009-03-30 2009-02-13
[2009-02-13 22:55:05] Piotr Listkiewicz napisał(a):
    Jak dotąd Czerwony Krzyż zebrał 85 milionów $. Ta kwota nie obejmuje funduszy przyznanych przez rząd federalny i stanowy. Premier Kevin Rudd oświadczył, że rząd dołoży wszelkich starań, żeby w szybkim tempie odbudować spalone domy i postawić na nogi społeczności zniszczonych miasteczek. Niestety ofiarom śmiertelnym nikt i żadna ustawa nie zwróci życia. Na szczęście tym razem lekcja, jaką dała Natura wreszcie ruszyła serca, sumienia i zdrowy rozsądek i nie pozostanie bez echa. Przepisy się zmienią, ale już teraz piły łańcuchowe poszły w ruch i ludzie czyszczą swoje działki z niebezpiecznych drzew. Ja też uruchomiłem swoją i rozpocząłem sprzątanie - to samo robią wszyscy sąsiedzi dookoła. Wszyscy mamy drzewa i krzewy na działkach, a nasza ulica kończy się na wschodzie pasem lasu o szerokości ca. 300 m.

    Dalej są już farmy z niewielkimi grupami drzew, gdzie ewentualnie grozi pożar trawy, która - mam nadzieję - nie zapali tego lasu. Wiatr się zmienił, wieje teraz ze wschodu, a więc od palącego się parku narodowego. Jednakże po drodze do nas jest spore miasteczko, które niewątpliwie będzie bronione, a potem wspomniane farmy. 

    W czasie weekendu wiatr ma jeszcze raz zmienić kierunek na północny i wtedy przyjdą dymy z palących się gór, gdzie w ub. weekend zginęło ponad 320 ludzi i spalone został do gruntu osiem miasteczek. W tym paśmie górskim pali się dalej, bo lasy są gęste i do zlokalizowanych z powietrza pożarów nie ma jak się dostać. Przejeżdżałem tamtędy na początku stycznia - kręta szosa prowadzi właśnie przez nie, ale poza drzewami rosnącymi tuż obok pobocza, nic dalej nie widać poza mrocznym gąszczem. 

   Policja aresztowała kilka osób pod zarzutem podpalenia buszu w okolicach Kingslake, Marysville, Buxton, Yea oraz miasteczka Churchill w Gipslandzie (ok. 100 km na wschód od nas). Nadal poszukuje się dalszych podejrzanych oraz chłopaka, który podpalił jedną z dzielnic blisko Melbourne city. Oczywiście szczegółów na razie się nie podaje.  

    Zbiórka pieniędzy jest dowodem, że prawdziwa solidarność istnieje. Ludzie nie tylko dają pieniądze, ale żywność, ubrania, materace, namioty i przyczepy campingowe, kuchenki, butle gazowe, koce itp. oraz zabawki dla dzieci. Vodafone zaopatrzyła pogorzelców w telefony komórkowe. Wszystkie supermarkety oprócz dostaw żywności ogłosiły, że cały zysk z dzisiejszych, piątkowych zakupów przeznaczają na pomoc dla pogorzelców. Wczoraj wieczorem odbyła się w Melbourne wielka impreza z udziałem gwiazd estrady i filmu, podczas której Czerwony Krzyż zbierał telefonicznie pieniądze.

    Wielu milionerów otworzyło swoje portfele dając od kilkunastu do kilkuset tysięcy. Młoda para australijskich aktorów z Hollwood przekazała pół miliona. Quantas, Holden, Toyota, Nissan, Mitsubishi i Ford Australia oprócz dotacji wynajmują bezpłatnie samochody. Tego rodzaju akty chwytają za serce, ale wszyscy powtarzają, że taka sytuacja nie może się powtórzyć już nigdy. Społeczeństwo wywiera silny nacisk na rząd federalny i stanowy, aby nie czekając na dyskusje parlamentarne, rozpoczęły akcje czyszczenia lasów.
 
Do jutra - zobaczymy co przyniesie.
2009-03-30 2009-02-13
[2009-02-13 17:57:21] Robert napisał(a): Super - już to wrzucam!!!
2009-03-30 2009-02-13
[2009-02-13 15:56:34] Piotr Listkiewicz napisał(a): 13.02.2009- godz. 15.30

Australijski Ruch Zielonych traci na popularności w obliczu miliardowych strat w drzewostanie, domach i budynkach gospodarczych. Tak hołubione przez nich lasy palą się w błyskawicznym tempie, a kangury, koale, posumy itd oraz bydło i konie pieką się jak na rożnie. Bowiem "Zieloni" w Australii życzą sobie, żeby lasy pozostawić w takim stanie, w jakim były tysiące lat temu, jednak o ile tysiące lat temu Aborygeni zwijali obóz, gdy poczuli dym i przenosili się 20 km dalej. Dzisiaj wszędzie są farmy, domy, szkoły, sklepy i mieszkają ludzie. Trzeba koniecznie gdzieś wytyczyć granice pomiędzy sentymentami a realiami dzisiejszego dnia. Dzięki walce "Zielonych" o zachowanie lasów w nietkniętym stanie, te lasy spłonęły w niektórych miejscach doszczętnie przy okazji zabijając ponad 300 osób, w tym starców i dzieci (stan na dzień dzisiejszy). 

Pożar lasów państwowych i parków narodowych w bezpośrednim sąsiedztwie Cockatoo zagraża dwóm strategicznym miejscom: zbiornikowi wody pitnej dla Melbourne wraz z dopływami oraz stacji gazu ziemnego dla tej metropolii. Większość ciężkiego sprzęty skierowano właśnie tam, żeby nadrobić to, co zostało zaniedbane, czyli szerokie pasy przeciwpożarowe. Wycina się setki eukaliptusów i zaoruje ziemię w tych miejscach.  

Widać z tego, że tak pojmowana ekologia nikomu nie przynosi pożytku, lecz wprost przeciwnie - same straty. "Zieloni" walczą z każdą nową ideą, która może przynieść korzyści społeczeństwu - protestuje się przeciwko autostradom, zbiornikom wodnym, tamom oraz elektrowniom wodnym. Walczy się o zachowanie naturalnego wyglądu lasu, który od czasu do czasu odwiedzają pojedynczy turyści, o ile w ogóle jest tam jakiś dostęp. Lasy są niezmiernie ważne z ekologicznego punktu widzenia, ale nie wolno przesadzać. Oczyszczenie z niesamowicie łatwopalnego poszycia, zrobienie przecinek i dróg dojazdowych nie tylko nie zeszpeci lasu, ale pomoże mu się rozwijać i zabezpieczy przed pożarami, które co roku robią stokrotnie większe ubytki niż celowe wycięcie iluś tam drzew i krzaków. 

Las w Australii nie jest podobny do polskich lasów, gdzie poszycie składa się z mchów i soczystej zielonej trawy, krzaków jagód, borówek i malin. Nic z tych rzeczy. Australijski las to strzeliste kolumny eukaliptusów, które co roku zrzucają łatwopalną korę, której płaty lecą z wiatrem na duże odległości, a potem poniewierają się wśród połamanych gałęzi, zwalonych pni i opadłych liści. Nic tam więcej nie ma. Tu i ówdzie trafia się zielony krzak, który zresztą też pali się jak zapałka. W niektórych lasach są drzewa paprociowe (najstarszy istniejący gatunek na Ziemi z epoki węglowej i wcześniej). One też się wspaniale palą. Nie ma żadnej trawy, ani mchu, wszystko jest suche jak pieprz - nie trudno sobie zatem wyobrazić jak błyskawicznie pali się takie poszycie.  

Jeśli spalą się góry wokół wspomnianego zbiornika, woda deszczowa będzie płynęła w dół jak po blaszanym dachu zabierając do jeziora glebę, węgiel drzewny ze spalonych eukaliptusów i popiół. Zbiornik zostanie zamulony i jego oczyszczenie może potrwać kilka lat, o ile w ogóle będzie możliwe. Zanieczyszczona woda nie da się oczyścić  przy pomocy tych filtrów, jakimi dysponuje zarząd wód i trzeba będzie budować specjalne odstojniki, na które w tamtych górach nie ma miejsca, nie mówiąc o milionach dolarów kosztów. Jeśli nie uda się obronić stacji gazu, obok potężnych wybuchów i skażenia atmosfery oraz powstania następnych pożarów, Melbourne i okolice zostaną pozbawione gazu na wiele miesięcy. 

We wczorajszej gazecie opisuje się przypadek farmera (i członka miejscowej ochotniczej straży pożarnej), który nielegalnie wyciął 276 drzew wokół swojego domu, czym uchronił go przez burzą ogniową. Wszyscy jego sąsiedzi zginęli w pożarach, bo posłuchali surowego zakazu rady narodowej. Facet zapłacił karę w wysokości 30 tys. dolarów, zaś koszty procesu wyniosły 70 tys. Powiedział reporterom, że jego ocalały dom jest namacalnym dowodem na głupotę "zielonych", którzy wymusili na parlamencie odpowiednią ustawę. Ma nadzieję, że jego przypadek da niektórym do myślania oraz ma nadzieję, że rząd zwróci mu te 100 tys.

2009-03-30 2009-02-12
[2009-02-12 23:21:29] Robert napisał(a): normalka, każdy chce sie wyżreć na czyimś nieszczęściu - u nas doskonale robi to Caritas i Ochojska.
2009-03-30 2009-02-12
[2009-02-12 23:08:55] Piotr Listkiewicz napisał(a): W międzyczasie natworzyło się "organizacji", które zaczęły zbierać pieniądze... oczywiście do własnej kieszeni. A także różni "artyści" chcący upiec swoją prywatną pieczeń przy okazji. Szlag człowieka trafia, gdy czyta takie rzeczy. Jak do tej pory suma dotacji urosła do 75 milionów. To jest nieprawdopodobne. 
Do jutra, Pietia (y)
2009-03-30 2009-02-12
2009-02-12 20:24:13] Piotr Listkiewicz napisał(a): 12.02.2009-godz. 19.35. 
55,7 miliona dolarów zebrał Czerwony Krzyż na pomoc dla poszkodowanych przez burzę ogniową. Wyniki akcji są bezprecedensowe. Nigdy i nigdzie na świecie społeczeństwo nie odpowiedziało tak spontanicznie w tak krótkim czasie (zbiórka zaczęła się już w ub. niedzielę, 8 lutego). 

 Według ostatnich doniesień liczba ofiar przekroczyła 350 osób i nadal wiele jest zaginionych, których los jest nieznany. Ludzie - ci, którym udało się wydostać z domów - wsiadali w panice do samochodu i uciekali na oślep jak najdalej od ognia. Wiele takich ucieczek zakończyło się tragicznie, bo tuż za zakrętem czekały niespodzianki: nieprzenikniony dym, w któym można było zderzyć się z samochdem z przeciwka; zwalone drzewo, falę ognia itd. Wiele rodzin upiekło się w samochodach. Niektórym udało się uciec, bo nie znaleziono ich samochodów, ale nie wiadomo co się z nimi stało. Poszukiwania ciał i ich identyfikacja potrwa prawdopodobnie całe miesiące, a i tak nie wszystkie szczątki zostaną znalezione. Telewizja pokazuje spalone samochody, których pasażerowie próbowali się przedrzeć na przełaj przez busz. 

    Złapano dwóch podejrzanych o podpalenie w paśmie górskim Cathedral Range (60 km od nas na północ), gdzie spaliły się miasteczka Kingslake, Marysville, Buxton, Yea i inne, ale jak się okazało po pięciogodzinnym przesłuchaniu, nie mieli nic wspólnego z pożarem. Podano ich rysopisy tylko dlatego, że byli obcy w okolicy. Zostali wypuszczeni. Policja nadal szuka podpalacza miasteczka Churchill w Gippslandzie. Dziś rano jakiś piętnastolatek podpalił jedną z dzielnic tuż przy centrum Melbourne.  

    Zaczynają się mnożyć ohydne akty ludzkiej podłości. Wczoraj para nastolatków wpadła do McDonalda i porwała puszkę, do której klienci wrzucali pieniądze na pogorzelców. Pomimo kordonów policji przez ocalały lub spalony busz przedzierają się grupy szabrowników, którzy przeszukują spalone lub nadpalone domy. Mieszkańcy protestują i buntują się przeciwko blokadzie policji. Chcą sami bronić swoich domów przed rabunkiem. Pomimo apeli premiera do banków, towarzystw ubezpieczeniowych i innych urzędów, aby traktowali poszkodowanych ze zrozumieniem, zdarzają się awantury i biurokratyczne komplikacje. Ludzi, którzy uciekli w jednej koszuli, zmusza się do okazania odpowiednich dokumentów, jak prawa jazdy, karty kredytowe, paszporty itd., które spaliły się podczas pożaru. Niektórzy ludzie mają jakieś pieniądze na kontach, ale nie mogą ich pobrać. Instytucje charytatywne dają czeki, których nie można zrealizować, bo brak dokumentów identyfikacyjnych. 

Podobnie jest w niektórych zakładach ubezpieczeniowych, gdzie żąda się nieistniejących kontraktów i polis ubezpieczeniowych.  

Według ostatnich doniesień pali się właściwie w całej Wiktorii i na terenach sąsiadujących w Nowej Południowej Walii. Niektóre z pożarów wybuchły w wyniku uderzenia pioruna podczas sobotnich (7 lutego) burz spowodawnych niesamowitymi upałami (w centralnej Wiktorii temp. dochodziła do 50 st. C). Inne powstały w wyniku przeniesienia ognia przez podmuchy wiatru dochodzącego do 150 km/h. Jednakże w pobliżu wspomnianych miasteczek pożary zostały wywołane celowo przez podpalaczy. Coś takiego doprawdy trudno pojąć. 

    Zaczęła działać specjalna komisja, która ma zbadać fakty i wyciągnąć z nich właściwie wnioski na przyszłość. Nareszcie, bo do tej pory uważano pożary buszu, pastwisk i lasów za rzecz normalą i dopust boży. Najważniejsze są plany ewakuacyjne dla każdej miejscowości i system wczesnego ostrzegania. Drugim tematem jest sprzątanie lasów państwowych, czyli czyszczenie z ekstremalnie łatwopalnego, suchego jak pieprz poszycia. Czyszczenie ma zawierać przecinki ppoż, trakty dojazdowe i inne czynności prewencyjne. Lokalne straże pożarne nieustannie domagały się tego, ale był to głos wołającego na puszczy. Pomimo ciągle rosnącego bezrobocia, brak było ludzi do pracy w lesie, bo nie było na to rządowych pieniędzy. To się ma teraz zmienić, chociaż "zieloni" pyskują w parlamencie, że to będzie gwałt zadany przyrodzie. Lasy są bardzo potrzebne Australii i światu, ale nie wolno iść w ekstremy i dopuszczać do corocznych pożarów, które i tak niszczą lokalny drzewostan i zanieczyszczają atmosferę na całe miesiące po pożarach. 
cd jutro
2009-03-30 2009-02-11
2009-02-11 20:30:31] Piotr Listkiewicz napisał(a):
    Czerwony Krzyż zebrał już ponad 25 milionów $, co jest absolutnie bez precedensu w tak krótkim czasie. Główne supermarkety przekażą cały dochód z piątkowej sprzedaży na pomoc dla poszkodowanych. W Melbourne trwają mistrzostwa krykietowe - cały dochód z biletów został oddany Czerwonemu Krzyżowi i Armii Zbawienia. Gwiazdy estrady i telewizji organizują specjalne koncerty na ten cel. Ale największa pomoc idzie od społeczeństwa, które wykazuje niespotykaną dotąd solidarność. Pamiętajmy, że większość Australijczyków to Anglosasi, którzy mają bardzo specyficzną naturę. Tymczasem okazuje się, że gdy nóż na gardle, potrafią się jednoczyć. Australia pali się często i nikt nie wie, kiedy jego samego to samo nie dotknie.

2009-03-23 [2009-02-09 20:03:11]
[2009-02-09 20:03:11] Piotr Listkiewicz napisał(a): 9.02.2009-godz. 19.45. 

Pożar 6 km. od nas został zażegnany. Prawdopodobnie, bo nie ma żadnej dalszej informacji.  

W telewizji pokazują po raz tysiączny te same klipy wideo oraz zapłakane i zasmarkane grube Australijki, które potraciły wszystko. Mężczyźni cieszą sie, że ocaleli i raczej nie myślą o jutrze. Czerwony krzyż zebrał w ciągu tych dwóch dni 7 milionów dolarów od dawców prywatnych. Wszystkie banki australijskie dały po milionie, rząd federalny 10 milionów oraz doraźną pomoc w postaci 1000 $ dla każdego poszkodowanego dorosłego i 500 na każde dziecko. Gwiazdy filmu, telewizji i sportu ofiarowały po kilkanaście tysięcy każda. Centra handlowe dają od miliona do pięciu oraz dostarczają żywność, odzież, namioty, sprzęt campingowy itd.

Organizowane są koncerty muzyków i piosenkarzy z przeznaczeniem na pomoc ofiarom. Tysiące ludzi zgłasza swoją chęć pomocy w postaci zakwaterowania, pomocy medycznej, gotowania jedzenia. Armia dostarczyła ciężkiego sprzętu, ale strażacy nie chcą, aby wojsko przejęło kontrolę. Nie potrzebują szwendających się niewyszkolonych ludzi i wojskowych dowódców. Sami wiedzą co mają robić. Dlaczego armia nie dała helikopterów, choć byłaby to najlepsza pomoc? Helikoptery strażackie są używane przede  wszystkim do gaszenia ognia, więc wojskowe mogłyby być użyte do bardziej częstego i bardziej szczegółowego patrolowania wielkich obszarów. 
To są oczywiście piękne gesty. Ale... 

Politycy muszą wreszcie wyciągnąć wnioski z tego co się stało, szczególnie że to nie pierwszy raz. W 1983 r. "środa popielcowa", gdy z powierzchni ziemi zniknęło miasteczko Cockatoo, w którym teraz mieszkam; kilka lat temu "czarny piątek". Czas zrozumieć, że strażakom potrzebne jest więcej pieniędzy na sprzęt oraz zarząd lasów państwowych i parków narodowych powinien wreszczie zrozumieć, że niezależnie od tego co krzyczą "zieloni", we wszystkich lasach powinny być przeciwpożarowe przecinki i drogi dojazdowe. W tej chwili tego nie ma. Strażacy nie mają możliwości dostać się do źródła ognia, gdy go zlokalizują z powietrza.

Gaszenie z helikopterów i samolotów nie zawsze jest skuteczne. Również posesje prywatne i farmy powinny mieć co najmniej dwie drogi dojazdowe. W kilku przypadkach ludzie upiekli się żywcem, bo straż nie była w stanie przedrzeć się przez jedyne drogi dojazdowe zatarasowane plonącymi drzewami.
2009-03-23 [2009-02-09 16:49:03]
[2009-02-09 16:49:03] Piotr Listkiewicz napisał(a): 9.02.2009-16.00.  
Liczba ofiar przekroczyła już 150 osób jak dotąd znalezionych. Ile jest na pogorzeliskach nie wiadomo. Do wielu miejsc i domów nie ma dojazdu, bo dokoła pali się. Wczoraj do gruntu spaliły się trzy maisteczka w górach ok. 50 km od nas. Dzisiaj pali się w miasteczku 6 km od nas, ale wiatr jest z innej strony. Może nie dojdzie. Najgorszy jest brak bieżącej informacji. W TV nie pokazują ukatualnionej mapy, lecz podają tylko nazwy, które takim ludziom jak ja niewiele mówią. Powinna być bieżąca (co godzinę np.) informacja z frontu. Tymczasem lecą durne filmy i oczywiście reklamy, bo przecież biznes nie może stracić. 

Jak dotąd ponad 750 domów poszło z dymem, wiele eksplodowało, bo ludzie mają gaz z butli, kosiarki i bańki z benzyną, farby i rozpuszczalniki. Prawie każdy ma sterty drewna opałowego. Zaskoczenie było kompletne. Posyłam zdjęcia z telewizora, bo oczywiście do tych miejsc nie ma dostępu na razie. Wśród nich są dwa pokazujące lilie z mojego ogrodu i jeden krzew uderzone zostały promieniem słońca i gorącem w sobotę po południu (46,5 st. C). 

Ludzie próbują uciekać w panice i w ostatniej chwili, próbując ratować domy i ich zawartość do ostatniej chwili. Zadziwia brak wcześniej opracowanych planów ewakuacyjnych, tzn. ta ulica ewakuuje się np. na boisko sportowe taką a taką trasą; inna ulica na parking przy supermarkecie itd. Powoduje to, że samochody krążą, wpadają na siebie w dymie, a w końcu kierowcy decydują się przejechać przez ogień, co najczęściej kończy się tragicznie, bo opony przy 3000 st. pękają i topią się w parę sekund. Ludzie pieką się żywcem w samochodach.  

Ok. pół miliona hektarów pastwisk, lasów i terenów zabudowanych zostało spalone. Najbezpieczniej jest uciekać na spalone pastwiska, na którychnic już się nie zapali. 

Tyle na razie. Idziemy sprawdzać posesję, chociaż niewiele da się zrobić.

2009-03-23 [2009-02-08

[2009-02-08 10:51:48] Piotr Listkiewicz napisał(a): Najgorsze, że w Australii szpitali psychiatrycznych jest niewiele, są małe i wariaci żyją na wolności. Ktoś kto podpala busz nie jest normalny i nie można go wsadzić do pierdla. A zatem tacy są bezkarni, chyba że ktoś ich uziemi. I moim zdaniem tak powinno być. Nie wiadomo czy tegoroczne pożary nie zostały przynajmniej w części spowodowane przez wariata, który podpalił busz w 1983 roku. W tej chwili sytuacja jest o wiele gorsza, bo podejrzewa się, że podpalaczy było kilku. Po prostu niemożliwe, żeby jeden człowiek zrobił to w tak wielu miejscach na raz. Oczywiście wystarczyło tylko zapalić, żeby wicher i upały dokonały reszty. Jednakże pożary są w większości lokalne, a nie totalny ogień, który przeleciał w ciągu 20 min przez olbrzymi teren na północny wschód od Melbourne.  

Telewizja apeluje, żeby w przypadku ataku ognia, gdy pali się głównie trawa i krzaki, zostać w domu, zamknąć wszystkie okna, zaopatrzyć się w dużo wody do picia i starać się przetrwać. Jeśli jednak pali się las, nie ma innego wyjścia jak ewakuować się z domu na jakieś otwarte miejsce odpowiednio wcześniej, żeby nie blokować dróg dojazdowych. Zaleca się ratowanie życia przede wszystkim - majątek to dalsza sprawa. Domy są ubezpieczone, a poza tym nikt w domu nie trzyma pieniędzy ani rzeczy wartościowych. Zaleca się zabrać podstawowe rzeczy oraz psy i koty. Ludzie na zagrożonych terenach mają na dachach sprinklery - jest to podstawowy środek ochrony domu, bowiem na dachu lądują płonące gałęzie eukaliptusów, które palą się jak polane benzyną. 

[2009-02-08 10:57:05] Piotr Listkiewicz napisał(a): Natomiast Queensland jest pod wodą. Powodzie zostały spowodowane burzami i ulewami związanymi z cyklonem na północy stanu i na Pacyfiku. Drugi cyklon szykował się od strony północno-zachodniej, ale jakoś się rozładował nad Kimberley i Ziemią Arnhema. Z dwojga złego wolę powódź niż ogień.
2009-03-23 [2009-02-08
[2009-02-08 09:57:18] Piotr Listkiewicz napisał(a): Pomimo stwierdzenia celowych podpaleń, to zmiany klimatyczne w postaci niesamowitych upałów i huraganów powodują rozprzestrzeniania się pożarów. Można więc zatem powiedzieć, że za takie sytuacje jesteśmy wszyscy odpowiedzialni.
2009-03-23 [2009-02-08 09:47:57]
[2009-02-08 09:47:57] Piotr Listkiewicz napisał(a): 9.30 - 8.02.2009. Noc spokojna, mały wiatr, słychać było grzmoty, trochę deszczu (tyle co kot napłakał). 25 osób zginęło wg oficjalnych danych, ale policja nie ma dostępu do wielu miejsc i ta liczba może przekroczyć 40. Ponad 200 domów zostało spalone doszczętnie. Pomimo znacznego spadku temperatury (w Melbourne z 46,5 st.C temp. spadła do 28st. C w ciągu pół godziny). Ludzie czują się bardziej bezpieczni, bo wysoka temp. + setki stopni od ognia, a także huraganowy wicher, powodowały dodatkowy stress. Jednakże to wcale tak nie jest. Ogień dalej płonie i coraz to nowe miejsca się zapalają wokół Melbourne. Brak wiatru oczywiście zapobiega przenoszeniu się ognia.
2009-03-23 [2009-02-07
 
[2009-02-07 20:20:12] Piotr Listkiewicz napisał(a): W TV pokazali palący się busz i łąki w kilku punktach ok. 20 km od nas. Dla pożaru to bardzo niedaleko, jeśli jest "sprzyjający" wiatr. 
(handshake)(beer)(beer)(beer) 

[2009-02-07 23:45:14] Piotr Listkiewicz napisał(a): 23.41 - policja potwierdziła 14 zgonów, ale nie wszędzie można dotrzeć. Przypuszczają, że może być ponad 40. Ponad 100 domów spalone do gruntu. Mam pierwszą wachtę i nadal mam prąd. Z tego co widać na mapie, pali się wszędzie dookoła, ale na razie nikt nam nie każe się wynosić, więc chyba nie jest tak źle. Ale to się oczywiście może zmienić w każdej chwili. Dobrze, że nie ma wiatru. 
Policja podała, że przynajmniej w dwóch miejscach to było podpalenie.  
Nara

2009-03-23 [2009-02-07 16:38:01]
[2009-02-07 16:38:01]
Piotr Listkiewicz napisał(a): Jest już 46 (godz. 16.30) i rośnie. Niebo zadymione, słońce zasłonięte, wygląda to niesamowicie. Pali się 20 km od nas na południe. Wiatr głównie wieje z północy, ale... jest bardzo silny i są podmuchy ze wszystkich stron. Jesteśmy przygotowani do ewakuacji, ale Helenka lepi pierogi... :) 
[2009-02-07 20:17:56] Piotr Listkiewicz napisał(a): O 18tej temperatura nagle spadła do 28 st. C, wiatr trochę się uspokoił, ale za to przyszedł dym nie wiadomo skąd. Były też dalekie grzmoty, ale burza nie przyszła. Zbliża się wieczór i nie wiadomo co może się zdarzyć w nocy. Palą się okolice maisteczka Packenham i dzielnicy Narre Warren. W dzienniku TV pokazano akcje z udziałem helikopterów i samolotów, które z góry sypią specjalny proszek. Jeśli wiatr się uspokoi i przyjdzie burza, może niebezpieczeństwo zostanie zażegnane. Na razie ostre pogotowie w naszym domu trwa. Pies odmawia jedzenia. Pije wodę i śpi na płytkach w jadalnym. Nie da się wygonić na dwór.  
Nara, Pietia
2009-03-23 Chrust
http://mail.google.com/mail/?ui=2&ik=8c161e0442&view=att&th=11fd11fb8659001c&attid=0.1&disp=inline&realattid=0.2&zw

http://mail.google.com/mail/?ui=2&ik=8c161e0442&view=att&th=11fd11fb8659001c&attid=0.2&disp=inline&realattid=0.3&zw

http://mail.google.com/mail/?ui=2&ik=8c161e0442&view=att&th=11fd11fb8659001c&attid=0.3&disp=inline&realattid=0.4&zw

http://mail.google.com/mail/?ui=2&ik=8c161e0442&view=att&th=11fd11fb8659001c&attid=0.4&disp=inline&realattid=0.5&zw

http://mail.google.com/mail/?ui=2&ik=8c161e0442&view=att&th=11fd11fb8659001c&attid=0.5&disp=inline&realattid=0.6&zw

2009-03-23 Austrialia 7.02.2009 godz.10.00

Piotr Listkiewicz, Australia, 7.02.2009, godz. 10.00

SUPERNOWA

    Kolejny piekielny dzień. Wczoraj wieczorem zapowiadali w Melbourne i okolicach 44oC, ale już widać, że będzie więcej. Wiatr zachodni z pustyń w Południowej Australii nie wróży deszczu przez najbliższe dni, chyba że kierunek się zmieni na północny i wtedy dostaniemy porcję chmur pocyklonowych z Queenslandu. Tam leje, wieje i ludzie po ulicach pływają łódkami, bo samochody w garażach pozalewane. Jeśli wiatr zawieje od Bieguna Południowego, będziemy mieli ochłodzenie i być może trochę deszczu. Pobożne życzenia. Na razie wiatr na pograniczu huraganu, który może nam, mieszkającym w buszu na wschód od Melbourne, przynieść pożary, bo zachodnie obrzeża Melbourne palą się już od tygodnia. Również zmiana kierunku na wschodni jest niebezpieczna, bo Gippsland pali się już od dwóch tygodni i gdyby wiatr się zmienił, ogień może być u nas w ciągu dwóch godzin. Jesteśmy zatem dosłownie wzięci w dwa ognie.

    Wprawdzie nie ogłoszono stanu wyjątkowego (obawa przed paniką, o czym będzie dalej), ale zalecają siedzenie w domu i jeśli ktoś nie musi, nie powinien nigdzie się ruszać. Prawie godzina policyjna.

Szpitale pełne ludzi z porażeniem słonecznym i cieplnym, zawałami, wylewami, atakami astmy itd. W ciągu tygodnia wszystkie instytucje i biura w city miały obowiązek wpuszczania przechodniów do klimatyzowanych pomieszczeń w celu ochłodzenia. Mają też obowiązek instalowania coolerów z zimną wodą. W dzielnicach zaleca się wyprawę do najbliższego supermarketu w tym samym celu (centra handlowe operują przez cały tydzień do godz. 10 wieczorem.

    Od przeszło dwóch miesięcy istnieje surowy zakaz rozpalania otwartego ognia, korzystania z zewnętrznych BBQ itp. Za wyrzucenie niedopałka za okno samochodu grozi utrata prawa jazdy. Wszystkie służby specjalne, policja, wojsko, służba zdrowia, pogotowie i oczywiście zawodowe i ochotnicze straże pożarne postawiono w stan ostrego pogotowia. Nad okolicami Melbourne latają helikoptery i samoloty patrolujące teren. Zdumiewa brak bieżącej informacji. Wiemy tylko, że się pali i że jest niebezpiecznie, ale do jakiego stopnia sytuacja jest krytyczna, oczywiście nie ogłasza się publicznie. Mamy być gotowi na najgorsze. Mamy mieć posprzątane posesje i wyczyszczone rynny. Mamy mieć gotowy sprzęt przeciwpożarowy, ogrodowe węże, wiadra, pompy itd. Samochody powinny być spakowane (podstawowe rzeczy) i gotowe do ewakuacji. Mamy mieć w pogotowiu stare bawełniane ciuchy, skórzane buty robocze i kapelusze, rękawice skórzane – żadnego plastiku! Również świece i latarki z nowymi bateriami powinny być pod ręką.

Pikanterii dodaje fakt, że tegoroczny ogień został rozniecony przez co najmniej jednego osobnika, który nawiasem mówiąc jest byłym członkiem ochotniczej straży pożarnej. Tego złapali, ale podejrzewa się, że podpalaczy (strażaków) było więcej.

    W tej sytuacji australijska TV wyrzuciła wczoraj wieczorem kilka programów, żeby pokazać hollwoodzki super bull shit pt. „Supernova”. W jakim celu? Oczywiście propagandowym. To nie my, ludzie, jesteśmy winni; to nie rządy, które olewają ekologię są winne; to nie Ameryka, która jest największym trucicielem środowiska jest winna. To nie UFO i zielone ludziki z kosmosu. Winna jest supernova, która wysyła w kierunku naszego układu słonecznego potoki plazmy. My nie jesteśmy w ogóle odpowiedzialni za zmiany klimatyczne i katastrofy. Zima stulecia na półkuli północnej i piekielne upały i huragany na południowej, cyklony, tsunami, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, topnienie biegunów, zalewanie niższych wysp na Pacyfiku (kilka z nich już zostało ewakuowanych) to wszystko przypadek, zbieg okoliczności (według akademików), zaś dopust boży (według wierzących).

Film jest durny, wielowątkowy, fajne girlasy i wspaniali amerykańscy boys, którzy po otrzymaniu 150 ciężkich ciosów, w tym butelką, łopatą itp., z dziesięcioma kulami w ciele, oczywiście wstają, biją się dalej i zwyciężają. Sponiewierany fizycznie i psychicznie matematyk w ostatniej chwili przed padnięciem komputerów poprawia matematyczny błąd we wzorze (plus zamiast minusa) i naturalnie ratuje Ziemię przed totalną zagładą. W sztabach wojskowych i Białym Domu panuje konspiracja i właściwie cały film obraca się wokół dylematu, jak nadchodzącą katastrofę ukryć przed ludzkością, pomimo spopielenia Nowego Yorku, Los Angeles, Sydney, Paryża i Tokyo. Oczywiście wszyscy już wiedzą, bo młoda dziennikarka co jakiś czas włamuje się do telewizji i informuje, ale oficjalnie wszystko jest cacy.

    W 1983 roku mieszkałem w Brisbane. W lutym tego roku, w środę popielcową (sic!) w okolicach Melbourne wybuchł wielki pożar buszu i lasów. Spłonęło tysiące domów i kilkadziesiąt osób straciło życie, w tym wielu strażaków. Oglądałem to w telewizji i dziwiłem się co za idioci mieszkają w tak łatwopalnych lasach. Co za ironia, że trzy lata temu sam zamieszkałem dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przed laty była katastrofalna pożoga i nadal tu mieszkam. Jest bardzo możliwe, że tamta sytuacja się powtórzy.

    Wtedy też busz został podpalony w kilku miejscach, zaś reszty dokonał wicher, który wzmagał się w miarę zwiększania palącego się obszaru. Podpalacza do dziś nie złapano. Śledztwo wtedy utknęło w martwym punkcie i ludzie zaczęli przebąkiwać, że policja złapała go, ale „uciszyła” na wieki. Niestety nie. Kilka miesięcy temu w telewizji pokazano tylko raz (sic!) list gończy – wynika z tego, że jednak nadal buja na wolności. Dlaczego pokazano to tylko raz?

    Oczywiście Melbourne się nie spali. City i dzielnice usytuowane w promieniu 30-40 km od centrum są prawie pozbawione drzew. Za to dalsze dzielnice, gdzie ludzie mieszkają na większych działkach zarośniętych buszem i lasem, są co roku niesamowicie zagrożone. Dlaczego? Bo dzielnicowe rady narodowe nie pozwalają na wycinkę drzew i krzewów. Zabytki przyrody, parki narodowe, rezerwaty, ekologia itd. A więc jeden przepis jak zwykle przeczy drugiemu. Straż pożarna ostrzega i każe sprzątać posesje, a jednocześnie czynniki oficjalne zabraniają wycinki łatwopalnych roślin. Trzeba tu powiedzieć, że eukaliptusy i inne drzewa typu „terpentynowego” palą się jak zapałki, zaś ich korony po złapaniu płomienia eksplodują, wyrzucając płonące pochodnie, które niesie wiatr na sąsiednie posesje. W czasie tamtej środy popielcowej odnotowano płonącą gałąź, która porwana wiatrem zapaliła dom 15 km dalej.

    Wicher coraz większy i być może elektryczność wysiądzie. Na razie jeszcze jest i komputer działa.

<< Styczeń 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031
O mnie
OgnistyBlog
Słówko o mnie
Zobacz mój profil
 WYWIAD Z PIOTREM LISTKIEWICZEM O JEGO FILMIE "BRAMA DO INDII"
Piotr Listkiewicz




Księga gości
 
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
875
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
12
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
1
Wyszukiwanie
Wyszukaj w tym blogu:
Fraza:
Od kalendarz do kalendarz
 
Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Zobacz serwisy INTERIA.PL